Zawsze martwiłem się o dźwięki z zewnątrz.
Kot który miauczy za oknem. Pies który szczeka. Ktoś z telefonem na klatce. Przez lata nauczyłem się grać mimo tego — ale gdzieś z tyłu głowy zawsze był ten niepokój, że coś przerwie, coś zakłóci, coś wyciągnie ludzi z tej przestrzeni którą próbuję budować dźwiękiem.
Tego wieczoru w YogaLab było duszno. Otworzyłem drzwi.
I wtedy weszły ptaki.
Nie dosłownie — zostały na zewnątrz. Ale ich głosy weszły do środka i nie zakłóciły niczego. Weszły między uderzenia gongu, między wibracje mis, między oddechy ludzi leżących na matach. Znalazły swoje miejsce jak gdyby wiedziały, że tu jest dla nich przestrzeń.
Słuchałem nagrania po koncercie i zrozumiałem coś, co powinienem był wiedzieć wcześniej: dźwięk który “przeszkadza” to tylko dźwięk który nie pasuje do tego co sobie zaplanowałem. Kiedy nie mam planu — wszystko pasuje.
Karawana gra. Świat gra razem z nią.
Soundsmith Nomad
Kiedy ptaki dołączyły do koncertu
